
Pamiętacie zadymione salony gier w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych? Zapach tanich zapiekanek, brzęk monet i ten jeden, konkretny automat, wokół którego zawsze tłoczył się największy tłum wpatrzonych w ekran nastolatków? Kiedy na monitorze po raz pierwszy pojawił się pulsujący krwią napis „Finish Him!”, a zwycięski wojownik gołymi rękami wyrwał z pokonanego przeciwnika wirtualny kręgosłup, branża elektronicznej rozrywki uległa nieodwracalnej transformacji. Dzieło studia Midway nie było po prostu kolejną, rzemieślniczą bijatyką wypuszczoną na rynek, by zgarnąć trochę drobniaków. Stało się zjawiskiem socjologicznym, masowym szokiem kulturowym i ostatecznym koszmarem każdego troskliwego rodzica. Wydawnictwo Gamebook, konsekwentnie budujące ofertę dla graczy wychowanych w epoce monitorów CRT, wzięło ten ewenement na tapetę. Monografia „Mortal Kombat. Flawless Victory” to wehikuł czasu przenoszący nas wprost do ery, gdy kody na tajne ciosy przekazywało się szeptem na szkolnych korytarzach, a wyobraźnię napędzały legendy o rzekomych ukrytych postaciach czy sekretnych arenach.
Największą publicystyczną siłą tej opowieści jest bezlitosne odarcie procesu twórczego z nostalgicznego mitologizowania. Dostajemy tu fascynującą, niemal awanturniczą historię o tym, jak garstka zapaleńców narzuciła sobie mordercze tempo, by rzucić rękawicę potężnemu, japońskiemu „Street Fighterowi II”. Książka kapitalnie oddaje garażowy, partyzancki wręcz klimat gamedevu tamtych lat. Ed Boon i John Tobias nie dysponowali zapleczem rodem z dzisiejszych wielkich korporacji. Zamiast pieczołowicie rysować każdego sprite’a piksel po pikselu, postawili na szalony eksperyment: zaprosili przed obiektyw kamery prawdziwych mistrzów sztuk walki, by następnie przenieść ich zdigitalizowane sylwetki do kodu gry. Czytanie o kulisach tych chałupniczych sesji nagraniowych, kombinowaniu z tanimi strojami dla wojowników ninja prosto ze sklepu na Halloween czy bólach, w jakich rodziły się ikoniczne ruchy postaci, to czyste złoto dla badacza historii popkultury. Właśnie dzięki takim smaczkom lektura błyskawicznie wciąga.






